fbpx

Jak żyć, gdy odchodzi ukochany pies?

To nie jest wpis z poradami. To zbiór moich myśli i opis żałoby, którą przechodzę…

16.12.2025

Nie wiemy jak żyć bez Hudiniego.
Wszystko tu jest jego.
Wszystko było dla niego.
My byliśmy jego i byliśmy dla niego.

Jak cokolwiek zmienić? Jak uprać koce, na których leżał po raz ostatni? Jak zwinąć dywany i dywaniki, których nienawidziłam, ale były dla niego? Jak ściągnąć z łóżka prześcieradło, które porwał w ostatnich dniach? Jak przestać czekać, aż przyjdzie sprawdzić co robimy w kuchni? Jak przestać chcieć go zobaczyć rano od razu po przebudzeniu?

Musimy jakoś nauczyć się żyć z jego brakiem. Zostawił po sobie pustkę i rozpacz, których nie sposób opisać. Nauczył nas kochać najszczerszą, bezwarunkową miłością. Nauczył nas cieszyć się chwilą i małymi rzeczami.

Teraz uczy nas czym jest tęsknota.

14.09.2019 – 15.12.2025

💔💔

17.12.2025

Dużo wracamy do wspomnień, do galerii zdjęć i filmów. Cofamy się w niej o kilka miesięcy, kiedy jeszcze było dobrze. Dużo rozmawiamy. Dużo płaczemy, ale też uśmiechamy się. Zdarza mi się zapomnieć, że go nie ma. Kiedy usłyszałam, że ktoś był na działce na Mazurach, chciałam zapytać „czy działka jest ogrodzona?”. Chwilę zajęło, aż zdałam sobie sprawę, że to przecież już nieistotne. Żegnamy się z nim, gdy wychodzimy z domu. Witamy się po powrocie.

Bycie w domu jest trudne, ale jeszcze trudniejsze jest przebywanie poza nim. Pojawiają się wątpliwości, gdybania. Co by było gdyby… Gdybyśmy odnaleźli się wcześniej, gdybyśmy nie odnaleźli się wcale.

Mózg wie, że już nie było nadziei. Żadne leki nie działały. Hudini dużo płakał, dobrych chwil było już tak niewiele…

Serce pęka z bólu i szepcze „a może trzeba było wytrzymać jeszcze kilka dni”. To samo serce, które przecież już nie mogło patrzeć na jego cierpienie.

18.12.2025

Ostatniej nocy, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że to będzie ostatnia noc, zabrałam go na wycieczkę. Miałam nadzieję, że wycieczka przerwie jego stan. Czasem to działało. Mijaliśmy samochodem różne miejsca, o których mu opowiadałam. „Tu skręcam do schroniska, tutaj spaceruję z tym psem, tutaj z tamtym. Tu mieszka inny piesek. A w tym sklepie często kupowałam Ci mięso”.

Jechałam i płakałam mimo, że nie wiedziałam, że już za 12 godzin pożegnamy się na zawsze. Wycieczka nie przerwała jego stanu. Płakał i cierpiał całą noc. Uspokoił się wyczerpany dopiero po 9:00 rano, kiedy ja wykonywałam najtrudniejsze telefony w moim życiu – do naszej przychodni i do Doliny Spokoju.

Ostatnio odmawiał jedzenia, nawet swoich ulubionych smaczków i dań. Na śniadanie zrobiłam mu jajecznicę. Zjadł ją, choć bez większego przekonania, zagryzając kromką chleba. Za to ser żółty do końca był rarytasem. Do przychodni wzięliśmy ze sobą 2 wielkie plastry.

Odszedł we śnie, bez bólu, bez strachu. Zawieźliśmy go do krematorium, gdzie został przykryty białą tkaniną, a na jego ciele ułożona została czerwona róża. Mogliśmy dotknąć go po raz ostatni.

Kiedy wracałam z nim następnego dnia do domu, na moment wyszło słońce. Wiedziałam, że to słońce świeci tylko dla mnie.

19.12.2025

Hudini nie był standardowym psem. Od lat mówiliśmy, że przyleciał z obcej planety i miał tutaj misję do wykonania. Że kiedyś wróci tam, skąd pochodzi. Tą misją było wytłumaczenie nam co jest w życiu ważne. Wydobycie z nas wszystkich najlepszych cech i najszczerszych uczuć. Do zobaczenia gdzieś w kosmosie, Hudełku! Tęsknimy 😔

20.12.2025

Nie czekam na dzień, w którym przestanę płakać. Nie czekam na dzień, w którym zniknie smutek i tęsknota. Nie chcę, aby te uczucia rozpłynęły się, wyblakły. Chcę, aby towarzyszyły mi już zawsze. Te wspomnienia, te krótkie myśli, poruszenie serca, że gdzieś tu jest i zaraz go zobaczę.

„To tylko pies” pomyślą niektórzy.

Choć od początku Hudini był zaprzeczeniem słowa „tylko”, to nie byłam przygotowana na to, że po jego odejściu okaże się, jak bardzo był kimś i jak bardzo był „wszystkim”.

Wciąż nie wiem jak to możliwe, że taki jeden burek, uratowany z działek pod Tarczynem, mógł swoim istnieniem tak bardzo wniknąć w nasze dusze. Jak „tylko pies” mógł zrobić taką rewolucję?

Czując kolejny, kolejny i kolejny raz ból jego nieistnienia, za każdym razem nie mogę uwierzyć, nie rozumiem, jak to jest w ogóle możliwe? To muszą być czary, to musi być magia psa Hudiniego…

22.12.2025

Co by było, gdyby… Gdyby w kwietniu 2024 roku Hudini miał zrobiony porządny rentgen całego kręgosłupa? Gdybym po prostu nie zgodziła się na RTG bez sedacji? Gdybym powiedziała „halo, halo, a szyja?!”. Gdybym poszła do kolejnego ortopedy? Czy dowiedzielibyśmy się czegoś więcej?

Co by było, gdyby dużo wcześniej miał rezonans? Czy udałoby się wdrożyć terapię celowaną?

Czy gdyby nie czuł bólu, demencja pojawiłaby się później? Są badania, które sugerują, że przewlekły ból przyspiesza demencję u ludzi…

Co by było, gdybym przeczytała te badania wcześniej, a nie dopiero teraz?

Co mu doskwierało? Co go bolało? Jak bardzo bolało? Czy kolejne badania pokazałyby coś więcej?

A może to była jednak „tylko” demencja?

Czy to, że Hudi przestał spać na plecach, że ogonek był coraz bardziej smutny, że mieliśmy w domu coraz więcej dywanów – czy to było „normalne” starzenie się? Dlaczego coraz mniej spał, przestał się drapać i pielęgnować?

Czy dało się odsunąć w czasie to, że codziennie było go coraz mniej?

Robiliśmy tak dużo, ciągle szukaliśmy rozwiązań, odpowiedzi, pomocy… Nigdy nie dowiemy się, czy mogliśmy dać mu więcej czasu…

Chociaż ogromny smutek towarzyszy mi cały czas, to trochę łatwiej jest mi powstrzymać łzy, przesunąć je na później, poczekać na samotność.

25.12.2025

Raz na jakiś czas smutek jest wypierany przez wdzięczność za to, że się odnaleźliśmy i spędziliśmy razem 6 lat i 3 miesiące. Wciąż jednak, gdziekolwiek jestem czuję, że chcę jak najszybciej wrócić do domu. Przecież trzeba podać leki, wyjść na spacer, nakarmić, popatrzeć jak śpi i spędzić razem czas.

Nie sądziłam, że jedną z rzeczy, która wywoła u mnie żal i gniew, będzie widok zapasu kupoworków w szufladzie. Czułam też gniew porządkując różne leki – te na nadciśnienie, te na uspokojenie, te przeciwbólowe (cały wachlarz, od najsłabszych do najmocniejszych). Nie zadziałały, nie naprawiły, nie przyniosły ukojenia.

Choć cały czas przepełniała mnie nadzieja, to lepszych dni/godzin było stopniowo coraz mniej. Nie chciałam wierzyć, że już nie będzie dobrze.

Wyczerpanie, smutek i bezsilność towarzyszyły mi każdego dnia, ale nie poddawaliśmy się. Kolejni lekarze, kolejne badania, kolejne leki, kolejne eksperymenty.

Mimo starań, z każdym dniem było GO coraz mniej. Coś, co wydawało się działać, działało tylko przez chwilę. Beztroska, radość, sen pojawiały się coraz rzadziej, ale cieszyły tak mocno….

Kiedy 10 dni przed zakończeniem jego życia, moje myśli pierwszy raz na dłużej zatrzymały się na wątku eutanazji, nie miałam pojęcia jakich kategorii będziemy musieli użyć, aby zdecydować kiedy będzie „właściwy” moment.

Tego poranka nie było kategorii, nie było ocen na skali. Był za to wszechogarniający ból. Gdy patrzyłam na jego cierpienie, na jego wyczerpanie, słuchałam jego płaczu, czułam się jakbyśmy się nad nim znęcali, jakbyśmy przykładali się do destrukcji jego osobowości, jego duszy. Chciałam dla niego spokoju i wytchnienia. Chciałam dla niego końca bólu i strachu.

Tego poranka, wszelkie nadzieje na odzyskanie go takim, jakim był jeszcze kilka miesięcy temu, rozpłynęły się, zniknęły.

10 dni później wciąż wraca myśl, że może jednak poddaliśmy się za wcześnie, że może jednak zdarzyłby się jakiś cud…

29.12.2025

Tego Sylwestra nie spędzimy w łazience z przestraszonym psem. Nie będziemy zasłaniać zasłon i zagłuszać muzyką hałasów zza okien. Na spacerach nie będziemy rozglądać się za ludźmi, którzy planują odpalić fajerwerki. Nie będziemy prędko wracać do domu po wystrzałach petard.

Nie tęsknię za dobrymi chwilami – tęsknię za wszystkimi chwilami. Minęły 2 tygodnie. Już prawie nie płaczę. Czasami udaje mi się skupić na czymś innym i zapomnieć na chwilę, że już go nie ma. Wciąż powracają pytania – co przegapiliśmy, co zrobiliśmy dobrze, co zrobiliśmy źle. Czuję się jakby wewnątrz mnie powstały setki supłów – splątanych uczuć, myśli, wspomnień i planów. Planów, które już nie zostaną zrealizowane i tych, które dotyczą zupełnie innego życia, życia bez Hudiniego.

Byłam gotowa na to, co większość z nas z pewnością kojarzy z psią starością… Na stopniową utratę masy ciały, na postępujące problemy ze wstawaniem i poruszaniem się, na przesypianie w wygodnym posłaniu większości doby, na powolną utratę wzroku i słuchu, na załatwianie się w domu, na różne dziwactwa psiego seniora…

Czy w jakiejś alternatywnej rzeczywistości udało nam się coś zrobić inaczej? Czy może – niezależnie od starań, niezależnie od decyzji podejmowanych na przestrzeni lat – demencja postępowała dokładnie tak samo i po prostu nie dało się zrobić NIC, aby mu pomóc? Dlaczego, zamiast spokojnej starości, los zesłał na niego wszechogarniający strach, którego nic nie mogło zatrzymać? Och losie, jesteś bez sensu…

5.01.2026

Łatwiej mi zasnąć, gdy wyobrażam sobie, że Hudini śpi tuż obok. Prawie słyszę jego oddech i dźwięk pocierania materiału łapkami biegnącymi przez sen. Słyszę, że wskakuje na kanapę w salonie.

W ciągu dnia bywa normalnie, bywa lekko, bywa radośnie. Chwilę później, gdy nie mogę nabrać oddechu lub gdy nie jestem pewna czy moje serce wciąż bije, gdy zastanawiam się, czy to atak paniki czy może „coś” mi dolega, ratują mnie łzy. Okazuje się, że moje objawy to „tylko” żałoba. Płacz leczy wszystkie fizyczne dolegliwości.

Dzisiaj minęły 3 tygodnie odkąd go nie ma. Nie jest łatwiej, nie jest lżej. Jest inaczej…

Mam około 15,5 tysiąca zdjęć i filmów z Hudinim. To niecałe 7 zdjęć/filmów dziennie. Niby dużo, a wciąż za mało… Kiedy przeglądam galerię, już wiem do którego momentu muszę się cofnąć, aby było „bezpiecznie”, po staremu, normalnie.

Pierwsze nowe dostrzegalne objawy pojawiły się mniej więcej na początku lipca 2025 roku. Przez kolejne 5,5 miesiąca bywało dobrze, bywało źle, bywało bardzo źle. Coraz częściej było po prostu bardzo źle. Chyba powoli przestaję obawiniać się za to, że zamiast dalej próbować, dalej eksperymentować – zdecydowaliśmy się na podarowanie mu spokoju. Cały koszt tej decyzji jest po naszej stronie. My cierpimy, ale on już nie musi.

Jest jednak coś, z czym nie mogę się pogodzić. Że tak późno dowiedzieliśmy się o ucisku rdzenia kręgowego, że nie wiemy co działo się w dalszej części kręgosłupa i jak to wszystko przyłożyło się do szybszego rozwoju demencji.

15 września na wizytę u neurologa stawiłam się pełna nadziei na skierowanie na rezonans. Skierowania nie dostaliśmy. Musiało minąć kolejne 2,5 miesiąca, musieliśmy odbyć ileś kolejnych wizyt, zrobić ileś kolejnych badań, przetestować ileś kolejnych leków, aby zatoczyć koło i W KOŃCU dostać skierowanie na rezonans. Dlaczego nie 15 września 2025 roku?! Dlaczego nie w czerwcu 2024 roku, gdy zgłaszaliśmy ortopedzie szereg objawów?

12.01.2026

„Gdzie jesteś, Hudełku?”.

Nie wiem dlaczego to pytanie pojawia się wciąż i wciąż w mojej głowie. Mój mózg jeszcze nie zaakceptował tego, że go nie ma. Kiedy wstaję od komputera „widzę” kątem oka, że Hudini wstaje z łóżka i idzie za mną do kuchni po jego popołudniowy przysmak. Kiedy spoglądam na legowisko, przez krótką chwilę widzę tam nie psa, który nas odwiedził, ale Hudiniego.

Dzisiaj mijają 4 tygodnie. Jest mi źle. Czuję się jakbym była zawinięta w grubą, niewidzialną warstwę czegoś. Warstwę, która przez większość dnia oddziela mnie od świata. A świat wciąż istnieje, wciąż się kręci, ale też stoi w miejscu.

W różnych miejscach rozstawione są niewidzialne znaki „nie dotykaj”. Nie dotykam więc miseczki na jego poranne lekarstwa, kamer domowych odłączonych od prądu w dniu jego śmierci, kępek sierści ukrytych pod materacem w jego posłaniu, śladów nosa na lustrach w przedpokoju.

20.01.2026

Można powiedzieć, że byłam głupia. Myślałam, że przez to, że jestem racjonalna (za taką się uważałam) będzie mi „łatwo”. Myślałam, że logika i szereg niepodważalnych faktów sprawią, że szybko pogodzę się z brakiem Hudiniego. Myślałam o tych wszystkich argumentach, które potem usłyszałam od bliskich i dalszych znajomych – „już nie cierpi i nie boi się”, „daliście mu piękne lata”, „eutanazja to wyraz miłości”, itd. Kiedy rano 15. grudnia odwołałam wszystko co mogłam, głupio myślałam: „w przyszłym tygodniu wrócę do pracy”.

Automatycznie ustawiłam sobie w głowie termin ważności żałoby. Wierzyłam, że moje logiczne podejście pozwoli mi czuć ulgę, że lada moment wrócę do „normalności”. Przecież miałam czas na oswojenie się z tym, że kiedyś go zabraknie.

Już 2-3 lata temu zaczęłam robić więcej zdjęć i w pełni skupiać się na wspólnych chwilach. Wiedziałam, że jest coraz starszy. Widziałam, że się zmienia. Kiedy dostał diagnozę nowotworu złośliwego, a my jeszcze nie wiedzieliśmy jaki będzie plan leczenia, ustaliliśmy „z góry”, że nie poddamy go żadnej terapii, która będzie wymagać częstych naświetleń, czy długich wizyt w klinice pod kroplówkami. Wiedzieliśmy, że to będzie dla niego zbyt trudne i że dla takiego psa jak on, to będzie po prostu tortura. Już wtedy oswajaliśmy się z tym, że prędzej czy później będziemy musieli go pożegnać.

Zaledwie pół roku od pierwszej operacji śluzakomięsak powrócił. Kolejna operacja. Rokowanie dobre, ale wiedzieliśmy, że nowotwór może kolejny raz powrócić. Oswajanie się trwało.

Potem nadeszły „epizody” – najpierw krótkie i sporadyczne. Przez kilka miesięcy coraz częstsze i coraz bardziej intensywne. Oswajanie się trwało. Lista logicznych argumentów była coraz dłuższa. Decyzja podjęta: musimy zakończyć jego cierpienie. Stało się. 5 tygodni później wciąż nie mogę w to uwierzyć i nie wiem jak ułożyć siebie na nowo.

26.01.2026

Kiedy nie byłam zawinięta w rozpacz, byłam gdzieś pomiędzy. Gdy ktoś pytał, odpowiadałam: „jest ok, jest lepiej”. Wciąż jednak czułam, że moje wnętrze jest skręcone, wywleczone na lewą stronę. To nie metafora. Ból w klatce piersiowej towarzyszył mi bez przerwy przez ponad 5 tygodni. Teraz zaczął odpuszczać. Jeszcze nie wiem jak się z tym czuję – z brakiem bólu. Teraz boli to, że przestaje boleć. Boli to, że „jest lepiej”. Bo jak może być „lepiej”, skoro Hudiniego wciąż nie ma?

Kiedy miałam 10 czy 11 lat byłam na 3-tygodniowych koloniach. Coś było nie tak. Nie było tak, jak na poprzednich wyjazdach. Czułam się źle, czułam się samotna, chciałam wrócić do domu. Tęskniłam za rodzicami i codziennie wyobrażałam sobie, że po mnie przyjeżdżają. Jednocześnie wiedziałam, że to się na pewno nie wydarzy. Dokładnie to samo czuję, gdy tęsknię za Hudełkiem. Wiem, że nie wróci, ale tak bardzo bardzo bardzo chciałabym, żeby znów był z nami.

Niedawno przeczytałam: „Trudno jest przewrócić kartkę, gdy wiesz, że kogoś nie ma w kolejnym rozdziale”. Wciąż nie umiem robić planów, wciąż nie umiem decydować o przyszłości – ani tej dalekiej, ani tej „za chwilę”. Życie, praca, robienie rzeczy, które powinnam robić – to wszystko wciąż jest trudne, ale „jest lepiej”.

Wyświetl ten post na Instagramie

Post udostępniony przez Nasz Psi Obowiązek • Kasia Kaczanowska (@psi_obowiazek)


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *